[Dekalog Oazowicza #6] Chrystus Sługa i Diakonia

W kolejnym odcinku cyklu poświęconego Wielkim Charyzmatom Ruchu Światło-Życie temat Chrystusa Sługi i Diakonii z księdzem Henrykiem Bolczykiem rozważa Anna Szołtysek.

[Wywiad przeprowadzony pod koniec grudnia 2017 roku]

Anna Szołtysek: Chciałabym dzisiaj z Księdzem poruszyć temat Chrystusa Sługi i Diakonii w wizji ks. F. Blachnickiego. Jak ksiądz rozumie znaczenie tego Charyzmatu?

Ks. Henryk Bolczyk: Na początku jawi mi się tutaj bardzo trudna kwestia: relacji między wizją a rzeczywistością. To, że ktoś ma wizję, to jedno – trzeba zadać pytanie, czy życie tę wizję potwierdziło. Czy ta wizja pochodzi od Ducha Świętego, czy też może to czyjeś osobiste wielkie pragnienie, które niekoniecznie musi być pragnieniem Bożym.
Mówiąc o Wielkich Charyzmatach, odwołujemy się do wizji z listu z Boliwii. Ks. Blachnicki napisał go 5 lat przed śmiercią; testament z kolei powstał ponad 4 lata później. Warto go przeczytać. Dziękuje w nim za liczne dary, które otrzymał od Boga – rzeczywistość Ruchu Światło-Życie, dar wspólnoty życia, czyli Instytut Niepokalanej Matki Kościoła, dar pragnienia bycia darem całkowitym dla Boga.
Jednym z darów, które wymienił w testamencie, była wizja Żywego Kościoła, jako wszystko integrujący program życia i działania. Uważał to za największy dar życia; wszystko, co robił w Oazie, zmierzało ku realizacji tej wizji. Dążył do tego, by Kościół nie był tylko formalny, ale by istniały w nim wspólnoty żywej wiary i miłości. By ludzie, którzy są niedowiarkami, czy też wyśmiewają religię i Pana Boga, zatrzymali się na chwilę i powiedzieli: kurczę, ale ci mnie zastanawiają, tych nie mogę zrozumieć – w imię czego to robią? I ten wizjoner wie, że istnieje metoda, droga do tego, abyśmy byli takimi autentycznymi uczniami Jezusa.
Darem była też wizja Soboru Watykańskiego II – Kościoła jako komunii. Tę wizję położył u podstaw Ruchu Światło-Życie. I patrząc na rozwój tego charyzmatu uświadamia sobie, że on tego nie wymyśla, to mu zostało dane i zadane. Czytamy w testamencie: „Wiele w tym było przymieszek własnych, niedojrzałych pomysłów. Przeszkadzałem często, jak mogłem, temu dziełu” - jaki wizjoner jest w testamencie krytyczny! „Ale właśnie fakt, iż mimo to trwało ono, rozwijało się według pewnej stałej, wewnętrznej logiki świadczy o tym, że jest to dar, że to wielki dar mego życia. Za to, że mogłem stać się narzędziem w tym dziele, niech będzie chwała Ojcu przez Syna w Duchu Świętym.” To jest odwaga: powiedzieć, że nie wszystko co się działo, nie wszystko, co zostało zapisane, jest wizją, którą Pan Bóg chce błogosławić i która jest tylko Bożym pomysłem, a nie jego własnym.

A więc ksiądz Franciszek inaczej wyobrażał sobie diakonię stałą, niż to wygląda dzisiaj?

Wizja wspólnoty Chrystusa Sługi jest tematem, który wciąż czeka na realizację. Ks. Franciszek Blachnicki uważał, że aby Ruch mógł się w pełni rozwijać, potrzebuje stałej diakonii męskiej i żeńskiej – a więc kapłanów Chrystusa Sługi oraz pań z Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła. Te wspólnoty powinny stanowić serce Ruchu. Dlaczego? Bo zarówno panie z Instytutu, jak i kapłani Chrystusa Sługi decydują się na wzór życia zakonnego całe życie ofiarować Chrystusowi, na drodze charyzmatu Światło-Życie. To jest fundament. O wspólnocie Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła ks. Franciszek pisał w testamencie, że bez niej Ruch by nie istniał. Czy tak jest dzisiaj – o to trzeba by zapytać panie z Instytutu.
Jeśli chodzi z kolei o diakonię stałą męską – w 2000 roku, na jubileusz chrześcijaństwa, po wielu latach rozmów, dyskusji, rekolekcji udało się zawiązać wspólnotę kapłanów Chrystusa Sługi w randze kanonicznej stowarzyszenia (a więc najskromniejszej formie zrzeszenia się). W nazwie stowarzyszenia – Unia Kapłanów Chrystusa Sługi – jest wskazane, że łączą się w tym zgromadzeniu dzisiaj kapłani; ks. Blachnicki widział ją jako męską diakonię Chrystusa Sługi, do której mogliby należeć również świeccy panowie. Że dobrze byłoby, gdyby i oni byli gotowi – na wzór braci zakonnych – całe życie swoje ofiarować temu dziełu odnowy Kościoła, jakim ma być Ruch Światło-Życie.

Dzisiaj nie ma takiej możliwości?

Statut stowarzyszenia mówi, że jest to wspólnota kapłanów, więc formalnie nie. Ale według ducha założyciela i naszego przekonania to nie jest wykluczone. Wtedy trzeba byłoby dodać aneks do statutu, który by poszerzył nazewnictwo i umożliwił wejście do tej wspólnoty świeckim mężczyznom.
Jednak nie jest to takie proste. Jeszcze w czasach, gdy byłem moderatorem generalnym, podejmowano próby zawiązywania takiej wspólnoty męskiej. Kończyły się niestety tym, że kandydaci nie wytrwali do końca na tej drodze. Wielu się ożeniło, odkryli, że ich powołaniem ma być jednak realizacja wiary w sakramencie małżeńskim, a nie w bezgranicznym oddaniu życia na wzór życia konsekrowanego. I liczyliśmy się z tym. Z tamtej pierwszej czy drugiej próby zawiązania takiej wspólnoty ostał się jeden, który dziś jest kapłanem w diecezji Speyer. On wytrwał w tym pragnieniu bycia darem całkowitym dla dzieła Ruchu, i to powołanie realizuje. Nie tak, jakbyśmy sobie może to wyobrażali, ale jest wierny charyzmatowi oazowemu, często pomaga też w Carlsbergu, w ośrodku Marianum.
Inaczej się to potoczyło, niż zakładał ks. Franciszek w swojej wizji. Ale tak jak mówię – nie ma dzieła w Kościele, które nie miałoby fundamentu w takich osobach: które się bez reszty temu dziełu ofiarują. To trudny, ale bardzo ważny temat.

A więc brakuje nam dziś stałych diakonii w Ruchu w takiej formie, jak chciał ks. Blachnicki?

Z jednej strony tak. Ale z drugiej, istotą Ruchu Światło-Życie, w zamyśle ks. Blachnickiego, nie jest stworzenie nowego zakonu, nowego zgromadzenia. Istotą ruchu oazowego jest przekształcenie wspólnot parafialnych – często zbyt instytucjonalnych, gdzie żyjemy godzinami urzędowania, troską o świątynię itd. - w żywe wspólnoty wiary i służby, owej diakonii. Wizja duszpasterska, która jeszcze do dzisiaj ciąży na naszych parafiach, domaga się solidnej korekty. Jesteśmy świadomi w Kościele polskim, że nasze duszpasterstwo jest zbyt sakramentalne – to znaczy wszystko zmierza do troski o życie sakramentalne: o chrzest, o bierzmowanie, o prowadzenie dzieci do Pierwszej Komunii Św., o dostęp do sakramentu pokuty, o błogosławienie małżeństw sakramentalnych… To za mało, nasze duszpasterstwo potrzebuje czegoś, co poprzedzi formację sakramentalną. Inaczej będziemy mieli do czynienia z „magią sakramentów”, która u jednych może działać, u drugich nie. Zależnie od tego, czy ktoś wierzy w magię, czy nie (śmiech). Nauka chrześcijańska mówi, że sakramenty nie są znakami magicznymi, ale są znakami uzależnionymi od wiary człowieka. Jeżeli człowiek wierzy, że przez sakramenty ma udział w życiu Chrystusa, w Jego śmierci i zmartwychwstaniu, to patrząc na wodę płynącą po główce dziecka chrzczonego, będzie wiedział, że ta woda nie jest zwykłym H2O, ale jest elementem przekazywania życia Chrystusa temu dziecku. Do tego jednak potrzebna jest wiara. Do wiary potrzebne jest wcześniejsze głoszenie Słowa Bożego temu, który ma uwierzyć. I dlatego całe duszpasterstwo, w tym również Oaza, powinno zaczynać się od ewangelizacji, czyli głoszenia Ewangelii. Bowiem bez ewangelizacji nie ma wiary; bez wiary sakramenty nie będą przeżywane tak, jak na to zasługują. I mówi ks. Blachnicki: jeśli ten nurt który w Oazie poznajemy – odnowy wiary przez ewangelizację, ubogacenia życia sakramentalnego głębszą wiarą – stanie się praktyką, codziennością w parafiach, to Ruch nie musi sam istnieć dla siebie.
Pojęcie diakonii jest pojęciem stopnia dojrzewania w wierze. Diakonia jest tym, co powinno charakteryzować dojrzałego chrześcijanina, jest postawą służby.

Jak Oazowicz dorasta do tej służby?

Pierwszym krokiem ku dojrzałości w wierze – w przypadku życia charyzmatem Światło-Życie – jest przeżyć oazę pierwszego, drugiego, trzeciego stopnia i towarzyszącą tym letnim oazom rekolekcyjnym formację w ciągu roku. Człowiek przeżywa na pierwszym stopniu ewangelizację jako rozkochanie się w żywym Słowie Bożym, które go wzywa do dialogu, do rozmowy z Bogiem. To jest pierwszy etap: uradowałem się, bo odkryłem, że Bóg jest żywym Słowem i chce ze mną rozmawiać. No czyż to nie jest powód do radości? A jeszcze jak wielki! Bóg chce ze mną rozmawiać, Stwórca ze stworzeniem, Zbawiciel z tym, którego zdobył krwią swoją – no super, taka dobra nowina. To jest istota pierwszego stopnia Oazy. No to idę w ten ogień i odtąd czytam Pismo Święte jak tylko często potrafię. I wiem, że Bóg ze mną rozmawia w tym Słowie.
Kiedy dojrzewam przez cały rok i pogłębiam wiedzę o Piśmie Świętym, jestem zaproszony na drugi etap: a teraz patrz, skoro masz taką lepszą, żywszą wiarę dzięki Słowu Bożemu, to czy umiesz czytać znaki sakramentalne? Bóg przychodzi przez Chrzest, przez Komunię, przez wszystkie sakramenty święte – i teraz uczę się odczytywać za tym znakiem żywego Boga.
Na tym etapie odbywa się coś, co możemy nazwać rozkochaniem w sakramentalności Kościoła. Oazowicz więc nie ma – czy też nie powinien mieć – kłopotu z chodzeniem na Msze Święte. Z tęsknotą za sakramentami, w tym i za częstą spowiedzią. Nie powinien – bo zdążył odkryć na drugim etapie, że Bóg przemawia do niego przez znaki sakramentalne. I one są znakiem bezgranicznego oddania się mi Boga, czego wyrazem jest „Bierzcie i jedzcie, to jest Moje Ciało za was wydane”. Ojej, w tym znaku Bóg się wydaje dla mnie – a kimże ja jestem? Odkrywam, jak Bóg, kochając mnie, daje mi całego siebie. To jest drugi etap dojrzewania.
I obsypany Słowem Bożym i sakramentami, na trzecim etapie poznaję jak to przez 20 wieków te dary Słowa i dary sakramentów były w Kościele sprawowane, przyjmowane, przeżywane, rozumiane. I zaczyna się pielgrzymowanie po świętych kościołach rzymskokatolickich, najpierw w Rzymie, potem w innych miejscach świata. I odkrywam tę mądrość: jeśli oni mogli tak żyć Słowem Bożym, sakramentami, dlaczego nie ja. Ten wzór świętych, ten szlak rzymski pokazuje, że oni całym życiem służyli Bożemu Słowu i Kościołowi sakramentalnemu w ludziach, czyli nauczyli się diakonii. Nauczyli się traktować życie jako obdarowywanie – sam jestem obdarowywany i sam chętnie będę darował siebie drugim. I ta postawa diakonijności jest odpowiedzią na wcześniej poznane dary Boże: dar Słowa i wiary, dar obecności Boga w sakramentach świętych. Więc teraz mam taki bogaty skarbiec w sobie, że niewiele mnie to już będzie kosztować, bym i ja stał się darem dla ludzi. Jestem gotowy do diakonii.

Obserwujemy dzisiaj w Oazie kryzys zaangażowania, wejścia w służbę. Czy ma Ksiądz na to jakąś receptę? Jak zachęcać młodych ludzi do podejmowania służby?

Recepta jest zawsze ta sama – nie pochwalać w sobie bierności, nie usprawiedliwiać jej. Pismo Święte przestrzega nas przed takim życiem: że niby wierzę, ale ta wiara sprowadza się tylko do osobistych przekonań. Wiarę mierzy się świadectwem życia. Równolegle do przekonania, że przez wiarę należę do Jezusa, powinienem być otwarty na to, co w zasięgu moich możliwości mogę zrobić dla innych. Wiara jest wrażliwością na los Chrystusa w człowieku, zdolnością rozpoznania Chrystusa w potrzebach bliźnich – w zasięgu mojego wzroku, mojego zegarka, mojego miejsca zamieszkania... Ten Jezus w bliźnich jest cały czas w potrzebie, jest cały czas krzykiem w ubogich, zawiedzionych, w bogatych materialnie nieraz, ale kompletnie zdesperowanych, bliskich depresji – tych potrzeb jest naokoło bardzo dużo. I wrażliwość na odczytanie tej biedy ludzkiej, w której sam Chrystus mnie woła, jest istotą diakonii. Tak nam mówi Pismo Święte, w 25. rozdziale Ewangelii wg św. Mateusza: byłem chory a przyszliście do mnie, byłem więźniem a odwiedziliście mnie, i tak dalej (por.: Mt 25, 35-36).
Dlatego powiedziałem, że nie da się wierzyć i zająć się tylko sobą i swoją wiarą. Jeśli więc mówisz, że ktoś jest wierzący, jest Oazowiczem, ale mu się nie chce, on tylko pielęgnuje tę swoją wiarę w sobie, to znaczy, że się nie wyedukował dość wcześnie w tej fundamentalnej sprawie, że wiara nie jest tylko oddaniem czci Bogu w moim sercu, ale wiara jest równocześnie zdolnością rozpoznania potrzeb Chrystusa w bliźnich.
Na przestrzeni wieków możemy powiedzieć, że tam się Kościół rozwijał, gdzie ta wrażliwość wiary na Chrystusa w potrzebie rodziła świętych. Wspomnijmy choćby brata Alberta, któremu poświęcony był 2017 rok. Potrzeby są różne – Albert miał takie rozeznanie, że zakładał na przykład cieplarnie dla bezdomnych. My jesteśmy coraz bogatszym materialnie społeczeństwem, więc i potrzeby są inne. Coraz mniej ludzi uczestniczy we Mszach Świętych – może więc dziś bardzo ważnym pomaganiem Chrystusowi w potrzebie jest, przez dobrą katechizację czy rozmowy religijne, budzić niepokój w tych, którzy mówią, że są wierzący, a nie chodzą na Mszę, oddalili się od Kościoła.

Często po etapie ewangelizacji i deuterokatechumenatu oazowicze są niejako „wpychani” w rolę animatora. Przejście do diakonii jest automatyczne – nawet jeśli ktoś nie jest na to gotowy - „bo brakuje ludzi”. Jak Ksiądz to postrzega?

Trzeba mieć wiele pokory, żeby przyznać: nie do końca pogłębiłem wartość pierwszego stopnia i całej rocznej formacji, no i najchętniej to bym poprosił, by posłać mnie jeszcze raz na pierwszy stopień. Trzeba pokory i odwagi, żeby nie myśleć, że można się – jak sama mówisz – z automatu stać animatorem. Nie, automatyki w wierze nie ma (śmiech). Jest świadome, dobrowolne przyjmowanie daru Bożego. Dar Słowa, który odkrywamy na pierwszym stopniu, jest niezwykły w swojej treści: Bóg chce ze mną rozmawiać. Czy ja mogę powiedzieć, że ja się już nasyciłem tym dialogiem z Bogiem i nie muszę już wracać na pierwszy stopień? Ja codziennie jestem na tym pierwszym stopniu, bowiem kiedy to Słowo Boże otwieram, to odkrywam je na nowo. Bóg mówi inaczej dzisiaj do mnie niż mówił w tym samym dniu rok temu. Bóg wzywa mnie do dialogu z sobą i w tym dialogu trudno się nudzić i robić coś „z automatu”. „Bo jestem księdzem, więc będę to Słowo czytał” - no chłopie, to jest podstawa do bicia się w piersi i oskarżenia – czy mogę Słowo Boże czytać automatycznie?! Już samo to brzmienie włącza czerwone światło – coś jest nie tak w takim myśleniu. Ja czytając Słowo Boże, jadąc na Oazę, wiem, że się odrobinę zbliżę do Pana Jezusa. Pan Jezus chce, żebym się bardzo zbliżył, a czy mi to wyjdzie…? Dlatego powtórzenie stopnia Oazy jest lepsze niż udawanie, że teraz się już nadaję na drugi stopień czy na trzeci, i nadaję się już na animatora. Być może niektórzy myślą, że „tak się powinno”. Być może nawet kapłan pomaga sobie w parafii – „no słuchaj, już byłeś trzy razy na Oazie no to wreszcie byś się mógł za prowadzenie grupy wziąć”. Być może ktoś naciska – czy starszy kolega, koleżanka, czy kapłan, czy katecheta, „bo kto to ma prowadzić, jak nie ty, który już trzeci rok na Oazy jeździsz”. Takie myślenie najprawdopodobniej jest obecne w części wspólnot.

Często jest to też spowodowane brakami w ludziach.

Tak, wiem... Bo nie ma kto prowadzić tych grup, bo „jesteś z tych beznadziejnych stanów najmniej beznadziejny, więc prowadź” (śmiech). Nie zawsze to jest złe, może to być dla takiego animatora doping, że koniec tego automatycznego „zaliczania” Oazy, że muszę wreszcie przejąć odpowiedzialność za to Słowo. Dla mnie i dla innych.
Ale byłoby źle, gdyby ludzie chwalili w sobie bylejakość i godzili się na nią. Można też tak podejść do tego: rozumiem twoje intencje, kapłanie, że po trzech latach jeżdżenia na Oazę oczekujesz, żebym się wreszcie zaczął dzielić tym, co zyskałem. No i powinienem. Wydaje mi się, że nie jestem jeszcze na tyle dojrzały, ale rozumiem potrzeby; sam będę pogłębiał swoją formację. I tyle.

W wizji ks. F. Blachnickiego jest takie stwierdzenie: „diakonia jest drogą do zjednoczenia wszystkich chrześcijan”. Co to oznacza?

Jedność, o której pisze ks. Franciszek, przejawia się we wszystko integrującej wizji Kościoła-wspólnoty. Tak nazywa jeden z wielkich darów życia, jakie otrzymał: wizja żywego Kościoła. Patrzy na Kościół jako na środowisko, w którym się każdy z ludzi może odnaleźć i odkryć swoje miejsce. W Kościele jest miejsce dla każdego. Dla inteligentnych i prostych, dla wykształconych i niewykształconych, dla dzieci, dla dorosłych… Kościół jest wspólnotą ludzką, o której Sobór Watykański powiedział, że ma wskazywać Boga żywego i ma przyczynić się do jedności rodziny ludzkiej. Tak czytamy w pierwszym punkcie konstytucji o Kościele: Kościół jest w Chrystusie niejako sakramentem – czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i zjednoczenia rodziny ludzkiej. To bardzo wymagająca definicja. Pamiętam, jak mnie poruszała na samym początku, zaraz po opublikowaniu tej konstytucji – posoborowa wizja Kościoła pokazała mi, czym tak w istocie jest Kościół. Że ma być znakiem zbliżenia do Boga i ukazania bliskości Boga w nas, w Kościele. I równocześnie to zjednoczenie Kościoła przez wiarę i moje zjednoczenie z Bogiem ma sprawiać, że nie jestem obojętny na los całej wspólnoty ludzkiej. Kościół jest znakiem pojednania z Bogiem i ludźmi.
Współcześnie ludzkość jest ciągle zagrożona wojną, konfliktami międzynarodowymi. Kto może rozwiązać te napięcia? Patrząc na objawienie Słowa Bożego, naukę Kościoła wyrażoną przez Ducha Św. i zgromadzenie biskupów na Soborze Watykańskim II, możemy powiedzieć: to Kościół taką misję od Boga otrzymał. Żeby będąc jedno z Bogiem przez wiarę, modlitwę, życie, był wiarygodnym pośrednikiem narodów skłóconych.
Więc to, że ks. Franciszek widział w słowie „diakonia” element jedności, wynika z prawdy, że każdy Oazowicz, dojrzewając w wierze, widzi coraz bardziej potrzebę wspólnoty. Ja co prawda jako pojedynczy człowiek mam wpływ tylko na najbliższe otoczenie – jako kapłan np. przez rozmowę, przez sakramenty, zasiadanie do stołu czy do modlitwy z innymi – ale nie mogę zapomnieć, że przez to mam wpływ na cały Kościół. Św. Paweł porównuje Kościół do żywego organizmu. Więc jeżeli ja mam wpływ na ożywienie iluś komórek tego organizmu, to jednocześnie przyczyniam się do wzrostu całego Kościoła. Oazowicz – szczególnie młody – może widzieć Kościół jako te pięć czy siedem osób, które się umawiają na cotygodniowe spotkania formacyjne. Ale on nie śmie zapomnieć, że gdzieś tam dalej jest wspólnota parafialna, której jest częścią. Że ta formacja to nie jest zysk tylko dla tej naszej małej grupy, ale że przyczyniamy się do ożywienia całego Kościoła. A cały Kościół zjednoczony przez wiarę i miłość będzie mógł być pomocą dla narodów, które jeszcze nie wiedzą o Jezusie i które się często mocują ze sobą w konfliktach i napięciach. To jest wielka misja budowania jedności rodziny ludzkiej. Ona jest możliwa wtedy, kiedy Kościół będzie żywym organizmem zjednoczonym z Bogiem i wzajemnie ze sobą przez miłość chrześcijańską.

Dziękuję za rozmowę.


Ksiądz Henryk Bolczyk

Wieloletni moderator krajowy i generalny Ruchu Światło-Życie. W czasach stanu wojennego duszpasterz górników kopalni Wujek. Postulator diecezjalny procesu beatyfikacyjnego Sługi Bożego księdza Franciszka Blachnickiego. Obecnie przebywa w Międzynarodowym Centrum Ruchu Światło-Życie "Marianum" w Carlsbergu.


CHARYZMAT CHRYSTUSA SŁUGI I DIAKONII, CZYLI ODKRYCIE DROGI DO BUDOWANIA KOŚCIOŁA WSPÓLNOTY I JEDNOŚCI WSZYSTKICH CHRZEŚCIJAN

Bazując na chrystologii Chrystusa Sługi i na idei chrystocentrycznej diakonii, Ruch wychowuje swoich członków, poprzez ewangelizację i deuterokatechumenat, do wejścia w życie Kościoła we wspólnotach lokalnych w postawie zaangażowania i współodpowiedzialności, w świadomości „my” w stosunku do Kościoła, co wyraża się w przejęciu różnego rodzaju diakonii – służb, stosownie do posiadanego daru – charyzmatu. Droga diakonii na rzecz planu zbawienia Ojca w zjednoczeniu z Chrystusem Sługą, jest także drogą prowadzącą do zjednoczenia wszystkich chrześcijan.

Za: Ks. Franciszek Blachnicki, „List z Boliwii”, Wydawnictwo Światło-Życie, Kraków 2017, s. 8.